Skip to content

Addis Abeba: oko w oko z hieną

Po asfaltowej drodze idę pod górkę. Krople deszczu spływają po mojej kurtce skapując następnie na ziemię, gdzie łączą się ze strugami deszczówki. Podobnie jak ona, krople stają się brudno-brązowe i jako brudno-brązowe kontynuują swoją podróż z nieba na ziemię. Niedługo po tym brudno-brązowa staję się i ja. Macham i przesyłam ironiczne pozdrowienia kierowcy, który sprawił mi ten szybki prysznic. Nie widzi. Odjeżdża.

Tutaj jesteśmy:

W Addis Abebie zatrzymałam się w najstarszym hotelu w Etiopii. Taitu Hotel postawiono w roku 1898 kalendarza etiopskiego (czyli w 1905 według kalendarza gregoriańskiego) na prośbę ówczesnej cesarzowej, żony Menelika II – Taitu Betul. Fakt, że jest był to pierwszy etiopski hotel jest właściwie nie do pominięcia. Jest ciężki. Tak bardzo kolonialny, że sprawia wrażenie jakbym cofnęła się z czasie o ponad 100 lat. Grube, tynkowane na biało ściany, choć nieco już wytarte, zdają się wręcz mówić do mnie i zapraszać do przekroczenia progu.

Przez taras ogrodzony drewnianą, rzeźbioną balustradą wchodzę do pokoju. Odsuwam ciężkie, bordowe zasłony, a pierwsze promienie słońca wpadają do pomieszczenia. „Wow„, myślę, „tyle drewna nie mieliśmy chyba nawet w naszym dawnym, wyłożonym boazerią mieszkaniu w Warszawie„. A wierzcie mi, mieliśmy go sporo.

Taitu ma jednak klimat. Szczególnie wieczorami, kiedy razem z Michaelem, z butelką piwa w dłoni, siedzimy na tym starym tarasie wykładając swoje stopy na tę drewnianą, rzeźbioną balustradę. Jest tak cicho, że słychać świerszcze. Tak bezwietrznie, że wydaje się jakby wszystko dookoła zastygło. Dzięki takim własnie wieczorom od Michaela nauczyłam się dwóch rzeczy – fotografii i podstaw amharskiego.

***

― Etiopiską kawę! Mocną, etiopską kawę poproszę! –  Wykrzykuję podekscytowana. Jest ranek, a ja jedyne o czym marzę, to w końcu spróbować tej słynnej etiopskiej kawy. Pragnę jej tak bardzo, że wszystko już pachnie mi kawą. Nawet ten stary, kolonialny hotel. Zakładam kurtkę i oboje wychodzimy z budynku ponownie idąc pod górę. Ponownie w deszczu i ponownie oblani brudno-brązową wodą przez kolejnego nieuważnego kierowcę.

Przy wejściu do kawiarni stoi mężczyzna w średnim wieku. Na głowie ma czapkę z zamontowanym na czubku parasolem, która, jak mi się wydawało, w Polsce służy głównie dzieciom ze szkoły podstawowej. W jego przypadku chroni jednak to co trzyma w dłoniach, czyli mnóstwo różnych papierów, które bezskutecznie próbuje rozdać ludziom na ulicy. Jeden papier wciska mnie. Biorę i idę. Po schodkach, w górę, ku wejściu do kawiarni.

― Yyy… To chyba nie było za darmo ― mówi Michael patrząc na mnie z politowaniem. No i racja. Odwracam się, a mężczyzna, który wcisnął mi papier, patrzy na mnie z dołu pocierając kciukiem o przeciwstawne palce, dając mi tym samym znak, że powinnam zapłacić.

Schodzę, przepraszam i oddaję papier, który okazał się być mapą miasta.

Kawiarnia jest wypełniona absolutnie PO BRZE-GI, a każdy centymetr sześcienny jej objętości pachnie jak świeżo zmielone ziarna kawy. Mocno i wyraźnie. Gorzka woń wydaje się wypełniać każdy, nawet najmniejszy jej zakamarek. Całkowitym cudem udaje nam się znaleźć kawałek stolika, przy którym stajemy i na szybko zamawiamy dwie małe, czarne kawy. Ta mała, czarna kawa okazuje się później być jedną z najpyszniejszych, najbardziej aromatycznych, najmocniejszych i, ogólnie rzecz biorąc, najlepszych kaw jakie w życiu miałam przyjemność pić.

A że kawoszem jestem, to chyba wszyscy już wiedzą.

Naładowani kofeiną ruszamy na podbój miasta i zwiedzanie okolicznych atrakcji. Oglądam Lucy – szczątki najstarszego homonida wystawione w Muzeum Narodowym – i zwiedzam Kościół Trójcy Świętej. A ten kościół to chyba jedna z piękniejszych świątyń, jakie w życiu widziałam. I nie dlatego, że od stóp do głów jest wyłożony złotem, bo nie jest. Raczej dlatego, że jest taki…normalny. Taki prawdziwy, z oknami wypełnionymi kolorowymi witrażami rzucającymi na ściany tęczowe refleksy. Taki, jakby przez kilka lat nikt do niego nie wchodził. Taki, że ty, po wejściu do niego, dostajesz gęsiej skórki i nie wiesz czy to przez chłód, przez kadzidła, czy jest ku temu inny powód.

Kościół Świętej Trójcy Addis Ababa Kościół Świętej Trójcy Addis Ababa Lucy

Słońce powoli chowa się za horyzontem, a my decydujemy się wyskoczyć „na jedno piwko” do pubu nieopodal muzeum. W wielkim namiocie, przy kilkunastu stolikach siedzi, na oko, ponad 100 osób. Prawie wszyscy biali. Dosiadamy się do młodej pary siedzącej obok wejścia i zamawiamy dwa browary. Później kolejne dwa i dwa następne, i ani się oglądamy, a na zegarku wybija 23:00. Czas wychodzić. Rano ruszamy w kierunku Lalibeli.

Dość szeroką, ubitą drogą ruszamy w kierunku Taitu Hotel.

― Po zmroku często chodzą tędy hieny ― mówi Michael z powagą w głosie. ― Są ogromne! Sięgają aż do ramienia! ― Jego poczucie humoru znam już jednak na tyle, że nie wierzę w ani jedną „niezwykłą” rzecz, o której mi mówi. Parskam więc i patrzę na niego z niedowierzaniem.

Idziemy piaszczystą ścieżką, po lewej mijając ogrodzone wysokim murem budynki rządowe, którym nie wolno robić zdjęć, a po prawej coś na kształt lasu. Idę z głową zadartą w górę i patrzę w gwieździste niebo komentując wszystko, co widzę. A że wiara we wszelkie astrologie jest mi dość bliska, no to opowiadam różne cuda, a Michael śmieje się z moich bajek.

Kilkanaście metrów przed nami droga skręca w prawo w kierunku hotelu.

― O, patrz, mamy psa-towarzysza ― dodaję ze śmiechem widząc na końcu ścieżki, jak mi się wydawało, dość dużego psa. Zaraz po nim wybiega jednak kolejny, a rękaw mojej koszuli prawie przerywa się pod gwałtownym szarpnięciem Michaela. Stajemy jak wryci. W ciszy. Dwie pary błyszczących oczu zwracają się ku nam po czym, chichocząc, znikają ponownie w niby-lesie, a my, przyspieszając kroku, w ciągu kilku minut znajdujemy się w hotelu, oboje wiedząc, że żarty Michaela nie powinny być więcej wypowiadane na głos.

Po powrocie dowiedziałam się, że tak zwane „miejskie hieny” są nowym, dość sporym problemem Addis Abeby. Zjadają głównie to, co pozostało po bezpańskich psach, kotach czy koniach, ale nie raz również plądrują zbyt płytkie groby i atakują bezdomnych podczas snu.

16 Comments

  1. Narobiłaś mi wielkiej ochoty na taką kawę, faktycznie była taka dobra? To musiało być przerażające tak po prostu spotkać hieny w mieście, a już na pewno idąc w nocy. Człowiek idąc sam to dopiero by się wystraszył, o ile by wcześniej wiedział, kogo może spotkać.

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Była dobra. Bardzo dobra :)

  2. Och! Jaki klimat! Zabrakło mi tylko zdjęcia hien, ale wiem, że w takim momencie, nikt o tym nie myśli:)) Świetnie napisane! Idę napić się kawy:)

  3. Etiopia, Addis Abeba, etiopska kawa… wszystko brzmi tak egzotycznie i cudownie. Mam nadzieję, że kiedyś i ja się tam wybiorę. Jednak Afrykę pozostawiam sobie na dalszą przyszłość, muszę się do tego solidnie przygotować! Super tekst!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Etiopię mogę akurat zarekomentować z czystym sumieniem jako kraj warty odwiedzenia!

  4. Justyna – popieram Cię jeśli chodzi o kawę, z tym że dla mnie to nie tyle jedna z najlepszych co najlepsza w życiu :)
    Z hienami miałam kontakt dwa razy – raz widziałam jak takie dzikie się rzucają na mięso, a raz miałam kontakt z ‚przyzwyczajonymi do ludzi’ i karmiło się je prawie z ust do ust :)

  5. Eva Eva

    Etiopska kawa, mniam, fajnie byłoby napić się jej kiedyś w samej Etiopii! :) Za to hieny z chęcią bym sobie podarowała, szczególnie w obecności mojego chłopaka, który pasjonuje się fotografowaniem dzikich zwierząt. Chyba umarłabym ze strachu w oczekiwaniu na ostatnie zdjęcie… 😀

  6. Mnie też wzięła ochotę na dobrą kawę. Idę chyba sobie zrobić. Choć domyślam się, że nie będą to takie smaki :)

  7. ostatnio przez Ciebie coraz bardziej mnie w te rejony ciągnie! i takimi tekstami tylko jeszcze bardziej rozbudzasz moją ciekawość i w końcu kiedyś kupię jakiś bilet do Afryki! 😉

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      I tak ma być! 😉

  8. Zazdroszczę stylu pisania! :) Wciąga.

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Bardzo dziękuję! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *