Skip to content

Z Woldiya do Lalibeli: etiopski sposób na pół dnia w minibusie

Budzik dzwoni jak szalony. Otwieram jedno oko i patrzę – 5:15. No, to chyba czas wstawać. Pierwsze minibusy z Woldiya do Lalibeli odjeżdżają około 6:00, więc wolę zdążyć i nie zostać smażącą się w pełnym słońcu sardynką. Wystarczy mi, że będę po prostu sardynką. Za słońce na razie podziękuję. 

Ciekawa jestem, czy istnieje coś takiego jak rekord Guinnessa w jak najwolniejszej jeździe autobusem. Jeśli tak, to coś mi się wydaje, że w tej kategorii bylibyśmy (ja oraz moi współpasażerowie z busa na trasie Woldiya-Lalibela) absolutnymi i bezkonkuryncejnymi zwycięzcami.

Dworzec-nie dworzec

Przed szóstą pojawiam się na dworcu autobusowym. Nie wiem nawet, czy nazwa „dworzec” jakkolwiek pasuje do miejsca, które mam na myśli, bo właściwie to był to goły kawałek jasnoczerwonej ziemi, na którym zaparkowano kilkanaście małych, białych minibusów. Kierowcy pewnie dopiero zwlekali się z łóżek, ale biletowi już szukali pasażerów wykrzykując kierunki, w których jechali. W powietrzu unosił się czerwony kurz, którym całkiem pokryte były już moje trampki i który powoli zaczynał drażnić moje oczy.

Odnalazłam autobus jadący w kierunku Lalibeli, zajęłam miejsce, a obok mnie usiadł Michael.

―Fajnie, jeszcze pusty – powiedziałam ocierając z czoła pot. Nie było jeszcze 7:00, ale w środku już robiło się ciepło. Odsunęłam szybę i wychyliłam głowę na zewnątrz, aby rozejrzeć się dookoła. Plac był wypełniony ludźmi. Ktoś sprzedawał trzcinę cukrową, ktoś herbatniki, ktoś czat. Nieco dalej zebrała się grupa chłopców ganiających się w kółko. Działo się tyle rzeczy, że nie wiadomo na co patrzeć! Ja jednak wciąż siedziałam w busie, bo wiedziałam, że jeśli wyjdę, to po powrocie swojego miejsca mogę już nie odzyskać.

To normalne, że na odjazd minibusa czasem czeka się długo. Może to być 30 minut, godzina, godzina i pół. Ale na boga, nie 3,5 godziny! Podróżowanie po Etiopii uczy cierpliwości, oj uczy.

W końcu, krótko po 9:00 do autobusu wszedł kierowca i ruszyliśmy. Nie pamiętam kiedy ostatnio coś ucieszyło nie tak bardzo. Wąską, piaszczystą ścieżką dojechaliśmy do głównej ulicy i ruszyliśmy utwardzoną drogą w dół zatrzymując się co chwilę żeby zabrać dodatkowych pasażerów. Przecież afrykańskie busy mają to do siebie, że zmieszczą wszystich i wszystko w ilościach bliżej nieokreślonych :)

Trasa nie należy do najlżejszych – na pewnym etapie asfalt się kończy i nietrudno przebić oponę o ostre kamienie. Dlatego właśnie nasz kierowca po 5 minutach postanowił zatrzymać się na kontrolę techniczną. A co! Poczekaliśmy sobie trochę, to mogliśmy poczekać jeszcze dłużej. Połowa pasażerów, zmęczona kilkuminutowym siedzeniem wyszła na zewnątrz przyglądać się jak obsługa stacji mierzy ciśnienie w oponach. Patrzą, oglądają, obchodzą dookoła, aż w końcu na sygnał kierowcy wsiedli do środka. Odjechaliśmy.

Jeśli ktoś powie mi, że idea drive-through (kupowania jedzenia niewysiadając z samochodu) zrodziła się w USA, czy innym podobnym miejscu, to was zaskoczę. Afrykańczycy, szczególnie na terenach wiejskich, są absolutnymi pionierami w tej kwestii i doszli już do takiej wprawy, że przez okno w autobusie sprzedadzą właściwie wszystko – od czatu, przez trzcinę cukrową czy siatkę batatów, aż po kurczaki. Zatrzymaliśmy się na takie małe „zakupy” około godziny po wyjechaniu z Woldiya. W końcu każda okazja jest dobra, aby zrobić przerwę :)

Specjaliści od wypadków

Powoli wjeżdżaliśmy coraz wyżej i wyżej, a wysokościomierz na telefonie po raz pierwszy podczas całej podróży pokazywał wartość ponad 3,000 m n.p.m., co dawało się odczuć. Od kilku dni byłam wyjątkowo ospała, brakowało mi energii i jadłam mniej. Bardzo chciałam się znaleźć już w Lalibeli. Było około 11:00, my nie byliśmy jeszcze nawet w połowie drogi, a według moich pierwotnych założeń powinniśmy już dojeżdżać na miejsce. W pewnym momencie ludzie zaczęli coś mamrotać – ewidentnie byli czymś poruszeni. Szczególnie kierowca wyglądał przez okno z niepokojem.

― Co jest? ― pytam Michaela. Jest Etiopczykiem więc robił za mojego tłumacza w sytuacjach awaryjnych.

― Wypadek, minibus wpadł do rowu i chcą iść zobaczyć. ― Wyjrzałam przez okno i rzeczywiście, wypadek był, ale co najmniej kilka dni wcześniej. Kierowca zjechał na pobocze i wysiadł z autobusu, a za nim, co cóż…pół autobusu. Bo przecież roztrzaskany w rowie autobus trzeba obejrzeć od każdej strony i każdy specjalista może się przydać, nie? Popatrzyli, pooglądali, pozaglądali i kilkanaście minut później odjechaliśmy w stronę Gasheny, gdzie, dla odmiany, czekała nas kolejna przerwa. Tym razem godzinna, na lunch. Przesiedzieliśmy ją z Michaelem pod drewnianym płotem robiąc zdjęcia gąsienicy i pokazując magiczne sztuczki lokalnym dzieciom. O, ileż radości i zdziwienia było na ich twarzach kiedy trzymana w dłoni moneta nagle znikała :)

Gąsienica

Przerwa w Gashenie

My, sardynki

Nastała 13:30 i ludzie powoli schodzili się do autobusu, tylko tak jakoś dziwnie ich było dużo. Mniej więcej twa razy tyle, co wcześniej, a prawie każdy z nich trzymał w dłoniach jakiś bagaż.

― To żart, tak? ―spytałam patrząc z politowaniem na Michaela. Ale nie było w tym nic z dowcipu. Po prostu zabieraliśmy z Gasheny dodatkowych pasażerów, którzy przez kolejne 1,5 godziny mieli jechać z nami w tym małym , ciasnym autobusie. Zastanawiałam się tylko GDZIE?! Odpowiedź na to pytanie spadła jak grom z jasnego nieba po kilkunastu minutach i brzmiała: GDZIE TYLKO SIĘ DA. Na stojąco, kucając, na kolanach u innego pasażera… To był ten moment, kiedy oficjalnie zostałam sardynką. Zamknięta w metalowej puszcze z bliżej nieokreśloną liczbą ludzi.

Gashena: autobus przed odjazdemDyskoteka

A teraz zagadka. Czego brakuje w małym, gorącym busie pełnym ludzi? No oczywiście, że muzyki. Pasażer siedzący za mną wpadł na to wcześniej i zadbał o odpowiedni poziom rozrywki wśród podróżujących. Część ludzi zaczęła coś nucić, a ci, którzy mieli miejsce, bujali się na boki do rytmu. Taka nam się zrobiła mała dyskoteka.

Na szczęście część ludzi okazała się równie zmęczona jak ja i przywołali samozwańczego DJ-a do porządku.

Do Lalibeli dojechaliśmy przed 16:00, czyli jakieś 4 godziny później niż przewidywałam. Spędziłam ponad 3 godziny czekając na odjazd minibusa, który w 7 godzin przewiezie mnie do miaseczka oddalonego o 170km. Jeśli ktoś zapyta dlaczego nie planuję podróży szczegółowo, to myślę, że ta historia stanowi wspaniałą odpowiedź 😉

Czas w Afryce istnieje trochę inaczej niż u nas, w Europie. Poza dużymi przewoźnikami i kilkoma wyjątkami, autobusy nie mają rozkładów jazdy i nikt nie ma z tym problemu. Zdarza się, że na jakiejś trasie operuje tylko jeden busik dziennie, a to oznacza, że wszyscy, którzy chcą jechać w tamtym kierunku, muszą się zmieścić do środka. Jest jednak również druga strona medalu – więksi przewoźnicy trzymają się rozkładów i, choć opóźnienia im się zdarzają, nie są aż tak duże.

KOSZTY I MIEJSCA GODNE POLECENIA:

  • Z większych operatorów autokarowych mogę polecić Skybus. Mają swoje biura w większych miastach na terenie całej Etiopii, w autobusach jest klimatyzacja a każdy pasażer otrzymuje butelkę wody i drobną przekąskę. Jest też w miarę tani. Dla przykładu, trasa Addis Ababa-Gondar (całodzienna podróż) to koszt 429 birr, czyli jakieś 75 zł,
  • Jeśli jedziecie do Lalibeli z Addis i zatrzymujecie się w Woldiya, polecam hotel Kore Lodge, gdzie za 775 birr można wynająć dwuosobową lodżę (łazienka, wi-fi) otoczoną drzewami mango. Minus: średnie jedzenie,
  • W Lalibeli bardzo, bardzo polecam Sora Lodge. $50 za pokój dwuosobowy (łazienka, wi-fi, taras) z fantastycznym widokiem na dolinę. Właścicielami jest etiopsko-niemieckie małżeństwo, więc jest sporo europejskiego jedzenia, ale wszystko jest super smaczne. Mają małą, uroczą restaurację z tarasem i widokiem na dolinę. Cudowne zachody słońca. Minus: jest nieco na uboczu i trzeba do niego dość długo iść.
Widok z Sora Lodge po przyjeździe do Lalibeli. Takie widoki zawsze przypominają mi jak bardzo marzy mi się założenie własnego B&B w takim miejscu...
Widok z Sora Lodge po przyjeździe do Lalibeli. Takie widoki zawsze przypominają mi jak bardzo marzy mi się założenie własnego B&B w podobnym miejscu…

7 Comments

  1. Dobrze się czyta takie historie, podobne wspomnienia mam z Gruzji. Bardzo łatwo przestawiam się na inne poczucie czasu, bo przecież ani nikt się do mnie nie dostosuje, a i po prawdzie o wiele bardziej odpowiada mi taki wyluzowany tryb życia (co po powrocie aplikuję na polskie warunki, kontrast jest niesamowity!)

  2. Początek mnie powalił – 3 godziny czekania na odjazd! Tak, to zdecydowanie inne poczucie czasu. Chociaż w sumie ja zawsze lecę gdzieś na ostatni moment, więc może nie było by mi tak trudno się przyzwyczaić :) I ta dyskoteka… 😀

  3. A ja myślałam, że tylko w Azji trzeba tyle czekać na autobus :)
    Ale to jest przygoda i jest o czym pisać 😉

  4. Racja. Ja też sądziłem, że Azja tylko z tego słynie a tu proszę. Nie tylko :)

  5. mieliśmy trochę podobnie w Indonezji – co prawda nie zdarzyło nam się czekać ponad 3 godzin, a zaledwie 1,5 na to aż nazbiera się odpowiednia ilość osób, aby kierowca zdecydował o odjeździe… taki life :)

  6. Eee tam, może wcale nie w Afryce wymyślili sprzedaż jedzenia na miejscu. Całe życie jeździłam po Rosji i przez pociągi przewijała się masa babć gotujących w domu obiady i potem sprzedających je w trakcie postojów przez okno:) Azja też uczy cierpliwości – warunki jazdy podobne :))))

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Ja tak w żartach z tym jedzeniem oczywiście 😉 Nie mam pojęcia, gdzie to tak naprawdę wymyślono :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *