Skip to content

Jinja: tam, gdzie Nil wypływa z Jeziora Wiktorii

Rafting, skoki na bungee, spływy kajakowe. Takie skojarzenia z reguły mają ci, którzy kiedykolwiek w życiu słyszeli o Jinja – miejscowości położonej na połnocny-wschód od Kampali, stolicy Ugandy. No bo co innego można robić w miejscu, które zostało okrzyknięte stolicą sportów ekstremalnych Afryki Wschodniej, nie?

Tutaj jesteśmy:

Jinja – piąte co do wielkości miasto Ugandy i jednicześnie trzecia największa gospodarka w całej Afryce Wschodniej. W porównaniu do Kampali, dużo mniejsze, ale równie multi-kulti. I choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, to oba te miejsca są jednymi z największych skupisk ekspatriatów w regionie. To jest właśnie coś, co sprawia, że czuję się w tej części Ugandy trochę jak w domu. Nikt mnie nie zaczepia, nikt nie naciąga, nikt nie woła za mną „mzungu, mzungu!„, jak to miało miejsce choćby w Tanzanii.

Jinja położona jest w regionie Ugandy zwanym Buganda. To centralna część kraju, mająca dostęp do jeziora, do której należą również m.in. Kampala oraz Entebbe. Do miasta przyjeżdżam w środę późnym popołudniem i zatrzymuję się na Couchsurfingu u Arthura, który kilka dni wcześniej gościł mnie podczas obiadu wielkanocnego w swoim rodzinnym domu w Kampali. Są tacy ludzie, których po prostu nie da się nie lubić i on jest właśnie jedną z takich osób.

Jinja

Arthur pracuje w Nalubale – firmie organizującej rafting na Nilu Białym. To jedna z najpopularniejszych lokalnych atrakcji. Mieszkam więc razem z nim na jednym piętrze w ogromnym domu, w którym jednocześnie mieści się biuro. Otaczają nas purpurowe drzewa żakarandy i mnóstwo zieleni kontrastującej z rdzawym kolorem okolicznych dróg. Jeśli można się tu w czymś zakochać, to chyba właśnie w tych kolorach. Pamiętacie, jak pisałam o Moshi? Tutaj czuję się bardzo podobnie. Chłonę zapachy, barwy i dźwięki. Spędzam dzień za dniem siedząc na werandzie z zimnym Nilem (Nile to nazwa lokalnego piwa), pisząc raz posty na bloga, raz książkę, a innym razem po prostu obserwując małpy próbujące swoich sił skacząc po slackline. Nie zwiedzam, bo też nie bardzo jest co. W sumie, mogłabym się wybrać do źródła Nilu, ale to kolejna tania atrakcja służąca jedynie wabieniu turystów. Zamiast tego, wolę spędzić czas z Arthurem siedząc nad rzeką, albo wyskoczyć do miasta, gdzie kilka razy załapaliśmy się na darmową lekcję rock’n’rolla organizowaną przez ekspatriatów z Wielkiej Brytanii. Niezwykle fajna inicjatywa, dostępna dla wszystkich, bez względu na to skąd pochodzą. Takich spotkań jest z resztą w Jinja mnóstwo. W ciągu dnia zamawiamy chapati albo matoke i, w czekając aż przestanie padać, śpiewamy znane wszystkim hity Oasis i probujemy swoich sił na slackline. A że żadne z nas nie jest ani dobrym śpiewakiem, ani nie potrafi chodzić po taśmie szerokosci 3 cm, to nie trudno się domyślić, że wychodziło nam to raczej średnio.

małpy na slacklineslacklinePo mieście z łatwością można przemieszczać się za pomocą motorowych taksówek (boda-boda) za 1.000-2.000 szylingów (ok. 1,2 zł) za przejazd, dlatego, podobnie, jak w Kampali, pozostają one dla mnie głównym środkiem komunikacji miejskiej. Sprawdzają się szczególnie w przypadku, w którym nie znamy miasta i potrzebujemy transportu „od drzwi, do drzwi”.

Jinja jest położona nad Nilem i nad Jeziorem Wiktorii jednocześnie. A że jestem fanką zachodów słońca – szczególnie tych afrykańskich – to wieczory często spędzam właśnie nad wodą. Siedząc, słuchając świerszczy i przeganiając komary oraz inne dziwne owady latające nad moją głową. Czasem trafi się też jakaś jaszczurka albo niegroźny pająk, jednak nic, absolutnie nic, nie jest w stanie popsuć mi tych rozkosznych wieczorów. Nie pędzę tu z miejsca na miejsce. Wykorzystuję czas na rozmowy i po prostu na „bycie”. Chyba już jakiś czas temu przestałam podróżować w pędzie i zaliczać kolejne atrakcje. Większą radość sprawia mi podróżowanie powoli i spotykanie ludzi, zamiast zaliczania kolejnych atrakcji. W obozie Nile River Explorers w Bujagali, nieopodal Jinja, znajduje się jeden z fajniejszych punktów widokowych w okolicy. Można stamtąd obserwować, jak słońce chowa się za horyzontem i znika za linią drzew obrastających brzegi Nilu. To właśnie tam spędzamy jeden z wieczorów, zajadając się burgerami, popijając zimny Nil i rozkoszując się wszystkimi odcieniami czerwieni i pomarańczy pojawiającymi się na niebie. Towarzyszą nam liczne gatunki ptaków polujące na wieczorny posiłek w postaci ryby i wyśpiewujące serenady. Jest w tym wszystkim tyle uroku, że najchętniej rozbiłabym tam namiot i została na całą noc.

zachód słońca JinjaJustynaZarówno Jezioro Wiktorii, jak i Nil zasługują na specjalne miejsce w tym poście, bo oba te miejsca są szczególne. Jezioro Wiktorii to największe jezioro w Afryce i największe tropikalne jezioro świata, należące do grupy Wielkich Jezior Afrykańskich. Jego wody podzielone są pomiędzy trzy kraje – Ugandę, Kenię i Tanzanię – a powierzchnia przekracza 68.000 kilometrów kwadratowych (!!!). Nil z kolei, to najdłuższa rzeka na ziemi. Przecina wszystkie możliwe strefy klimatyczne kontynentu afrykańskiego i jest domem dla tysięcy gatunków. W Jeziorze Wiktorii swoje źródło ma Nil Biały, natomiast Nil Błękitny wypływa z Jeziora Tana w Etiopii. Obie rzeki łączą się w Sudanie, aby pod nazwą Nil płynąć w kierunku Egiptu.

W najbliższych tygodniach będzie tu pewnie o Jinja dużo więcej, a to wszystko przez kolejny wyjazd, który planuję już na sierpień… :)

8 Comments

  1. Ciekawa jestem tych dalszych afrykańskich planów :)

    Miejsce faktycznie wygląda na takie, że tylko siedzieć, piwo pić i rozmawiać :)

  2. Mimo wszystko do miejsca gdzie Nil wypływa z Jeziora Wiktorii bym się wybrał, być może jest to (jak określiłaś) „tanie miejsce”, ale potem składając wspomnienia z wypraw takie elementy również się pamięta. Co więcej, czasem bez nich taka wyprawa nie jest do końca „pełna”.
    Powodzenia w dalszych afrykańskich planach!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Przemek, no pewnie, na pewno jest to ciekawe wspomnienie (chociaż to ledwie widoczny strumyk ;)) Ja po prostu wolałam wykorzystać czas inaczej w tamtym momencie.

  3. Zaintrygowałaś mnie. I szczerze Cię podziwiam za stąpanie po afrykańskim lądzie używając przy tym stwierdzenia, że czujesz się jak w domu :) Czekam na resztę wydarzeń i więcej zdjęć! :)

  4. Super! Chyba przypadło Ci to miejsce do gustu, co? Czekamy na więcej relacji. Trzeba umieć się zrelaksować, żeby nawet hordy małych robaczków nie zmąciły spokoju (-:,

  5. zof zof

    Bardzo mało wiem o Ugandzie, więc tym ciekawiej mi się czytało. Dziękuję za afrykańską lekcję.

  6. Po piwie na linie – to nie mogło się udać;) Ale wyzwanie zawsze warto podjąć!

  7. Ale cholernie zazdroszczę.. Weź mnie ktoś tam na piwko :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *