Skip to content

Kampala: zieleń, multi-kulti i motory

Opuszczam halę przylotów i baaam!, uderza mnie fala idealnie świeżego powietrza. Świat nagle pachnie deszczem, akacjami i pobliskim Jeziorem Wiktoria. Wsiadam do pustego busa i ruszam do zamroczonej świętami wielkanocnymi stolicy Ugandy – Kampali. Miasta miliarda motorów i o milionie twarzy.

Tutaj jesteśmy:

Mówią, że w Kampali mieszka około dwóch milionów osób. Zdziwiło mnie to, bo choć to mniej więcej tyle, co w Warszawie, to jednak jest to zupełnie inny świat. Głośniejszy. Bardziej dynamiczny. Bardziej intensywny. Bardziej zielony. Właściwie wszystko jest tu takie „bardziej”, choć nie zawsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Patrząc na miasto z góry ma się wrażenie jakby każde wolne pole, każda najmniejsza szczelina była czymś wypełniona. To trochę jak patrzenie z góry na mrowisko – niby wielki chaos, ale jednak wszystko układa się w całość, a każda mała mróweczka ma w tym chaosie swoje miejsce.

Z perspektywy przechodnia wygląda to już nieco gorzej. Ten zorganizowany chaos zamienia się w bałagan, w którym ludzie wypełzają prosto pod koła samochodów i motocykli, a wszelkie zasady ruchu drogowego przestają obowiązywać. Gdzieś w centrum tego bałaganu znajduję się ja. 25 lat na karku i 25 kilogramów na plecach.

Kampala

Wainaina pisze, o Ugandzie, że to „kraj który kojarzył [mu] się z bananowcami, ze starodawnymi dostojnymi królestwami, Idim Aminem, ruiną i beznadzieją” jednak „w rzeczywistości Kampala kipi przedsiębiorczością„*. I tak jest. Już od pierwszego momentu zdarzenia się z kampalską codziennością, da się wyczuć jej metropolitalną duszę. To już nie tylko miasto afrykańskie. Teraz to stolica multi-kulti. Mieszanka twarzy z całej Ugandy, Europy, Azji i obu Ameryk. Miasto garniturów i błyszczących butów pokrytych rdzawym pyłem z lokalnych dróg, ale i miasto szortów i podkoszulków. To miejsce, w którym zobaczenie mzungu nie jest niczym nadzwyczajnym, bo ekspatrianci z całego świata mają tutaj swoje domy i biznesy. Ta nowoczesna strona Kampali urzeka mnie i sprawia, że czuję się tu swobodnie. Trochę jakbym wróciła do domu, którego nigdy tu nie miałam.

Wieczorami miasto wypełnia muzyka. Bez względu na dzień tygodnia, kluby zapełniają się ludźmi, a młodzi Ugandyjczycy otwierają pierwsze piwo. W sobotni wieczór trafiam do Teatru Narodowego. Całkiem spora, biała scena pod chmurką gości tego dnia muzyków, którzy radośnie pogrywają to na gitarach, to na bębnach. Powietrze wypełnia zapach deszczu i wszechobecny śmiech. Bo wiecie, Ugandyjczycy to chyba najzabawniejsza nacja świata!

Fajnie tu. Zielono i wesoło.

Kampala

Kampala ma jednak i drugą twarz. Tę, z której ust wydobywa się wieczny krzyk, i w której oczach widać niepokój. To miasto nigdy nie cichnie. Wczesnym rankiem, kiedy pierwsi ludzie wychodzą na ulicę, rozpoczyna się jatka trwająca aż do późnych godzin nocnych. Klaksony, pisk opon i głośne rozmowy przeplatają się z policyjnymi syrenami, i choć tak naprawdę nic się nie dzieje, to policja musi zrobić pokaz. Do dziś nie wiem, ile prawdy było w informacji o schwytanych w Kampali terrorystach, którzy podczas mojego pobytu z stolicy planowali podobnież jakąś akcję. Informacja o przechwyceniu 6 członków somalijskiego Al-Shaab opublikowana była chyba przez każdą większą gazetę w Kampali, jednak mieszkańcy w nic nie wierzą. „Policja tak musi. Muszą pokazać, że pracują. W rzeczywistości żadnych terrorystów nie było„, mówi mi znajoma Brytyjka mieszkająca tu od 18 lat. Na wszelki wypadek zostaję jednak w hotelu.

Kampala to też nadzieja dla wielu młodych urodzonych w dziurawym czepku, którzy chcą się wybić. Aspirujących muzyków jest tu co najmniej tylu, ile grzybów po deszczu. Co chwilę pojawia się ktoś nowy, utalentowany, z pomysłem na siebie, któremu wydaje się, że sława jest na wyciągnięcie ręki. No i oczywiście jest, ale tylko jeśli masz pieniądze. Uganda znajduje się bowiem w pierwszej 10. najbardziej skorumpowanych afrykańskich krajów.

Kampala

Bez względu na wszystko jednak, dla mnie Kampala na zawsze pozostanie po prostu rdzawo-zielono-granatowa. Taka, jaką staje się przed burzą, kiedy lekka bryza przynosi świeżość znad Jeziora Wiktoria, a ptaki obniżają lot. Taka, jaką widzi się ją w kwietniu i jaką zobaczyłam ją po raz pierwszy.

Jeśli szukacie noclegu w Kampali, poszukajcie tutaj.

*Binyavanga Wainaina, „Kiedyś o tym miejscu napiszę„, s. 222-223, wyd. Karakter 2011

8 Comments

  1. Na Twój blog trafiłam zupełnie przypadkowo. Jednak niezmiernie się ciesze, że sie właśnie tak stało :-) Bardzo Cie podziwiam, bo ja nigdy nie odważyłabym się na samotną podróż po Afryce. A gdyby nawet, to pewnie zginęłabym marnie już pierwszego dnia… :-) Ogromy szacunek! Pozdrawiam i czekam na kolejną porcję ciekawych postów :-)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Klaudia, bardzo mi miło, dzięki :) Mam nadzieję, że będziesz tu zaglądała od czasu do czasu – już nie przypadkowo :)

  2. Afryka znajduje się wysoko na liście moich marzeń podróżniczych. Naukowo zajmuje się tematyką szeroko rozumianej kolonizacji i dekolonizacji. Przyjemna narracja Twojego blogu niech będzie początkiem afrykańskiej podróży 😉

  3. Zgadzam się z Bartłomiejem, narracja jest bardzo przyjemna. :) No a opis i zdjęcia zachęcające do odwiedzin.

  4. Marta Marta

    Zawsze odrobinę przerażały mnie afrykańskie miasta- głośne, chaotyczne, pełne tłumów i zgiełku. Nie przytłacza Cię to?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Czasami trochę przytłacza, ale nie żeby mi to jakoś okropnie przeszkadzało. Jest w tym wszystkim jakiś urok – tak bym powiedziała :)

  5. Na zdjęciu to mrowisko wygląda niesamowicie. Osobiście uciekłabym stamtąd kilka minut po zrobieniu zdjęcia, no ale ja mam naturę samotnika. Wolę czytać o takich miejscach, niż je osobiście doświadczać.

  6. Chyba w ogóle często stolice państw (szczególnie tych biedniejszych) są taką nadzieją na lepsze i powiewem cywilizacji dla tych, którzy przyjeżdżają z wiosek i miasteczek do pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *