Skip to content

Mombasa nocą: o malarii, jointach i carpe diem

Niebo rozbłyska, w oddali słychać silny grzmot a na moją twarz i ramiona spadają pierwsze krople deszczu. Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, jakby lżejsze i w końcu da się oddychać. To chyba oznacza, że na nas już czas. Wymieniamy ostatnie zdania, chłopaki dopalają jointa i opuszczamy dach zanim na dobre nas zmoczy. Kończy się jeden z moich ostatnich dni w Mombasie.

Tutaj jesteśmy:

Kiedy byłam mała wychodziło się „na trzepak”. To właśnie tam, przy tej ciężkiej, stalowej konstrukcji, przy której nasze mamy trzepały dywany, źródło miały wszystkie podwórkowe plotki. Tam rozwiązywało się waśnie, problemy i dyskutowało na ważne życiowe tematy. Najfajniej było latem, po zmroku, kiedy powietrze było jeszcze ciepłe i wciąż miało się ochotę na zabawę, ale mama wołała już przez okno, że trzeba wracać. Wszystkie te wspomnienia wracają do mnie własnie teraz, kiedy jestem w Mombasie. To wszystko dlatego, że czuje tu tego ducha beztroski, jakiego czułam wieczorami „przy trzepaku” mając 9 lat.

Dzisiejszy wieczór, jak wiele innych, skończył się na dachu. Budynek a’la barak, wysoki na dwa piętra, mieści w sobie 10 jednopokojowych mieszkań, z których, podążając za zapachem marihuany, betonowymi schodami można dostać się na górę i usiąść pod gołym niebem. Biorę chłodny prysznic, zarzucam na siebie t-shirt i, jak co wieczór, dołączam do dwójki siedzącej już na dachu.

― Vipi? (pol.: Jak tam?) ― rzucam w kierunku chłopaków zaraz po wyłonieniu się z klatki schodowej. Oboje wyglądają na zmęczonych i sama nie wiem czy to przez trawkę, czy przez gorąco. Teraz, kiedy siedzę z nimi również ja, męskie rozmowy dobiegają końca. Usadawiam się na kawałku betonu obok Pascala i na przeciwko Tima. Ze smartfona leci nigeryjski hip-hop.

Pascala poznałam przez Couchsurfing. Po mojej niefortunnej przygodzie z kradzieżą w Dar es Salaam, zaoferował mi pomoc i miejsce do spania na ponad tydzień. Mieszkamy więc razem, gotujemy, wychodzimy na imprezy, a w wolnych chwilach zwiedzamy miasto. Tim to przyjaciel Pascala. Nieco pulchny, spokojny chłopak przed trzydziestką. Oboje poznali się podczas studiów, na Technical University of Mombasa. Teraz mieszkają drzwi w drzwi.

― Chcesz trochę? ― pyta Tim wyciągając w moim kierunku rękę z dymiącym się jointem.

― Nie, dzięki ― odpowiadam i przez chwilę siedzimy w ciszy. ― Macie tu coś na komary? Strasznie tną, nie chciałabym złapać malarii ― dodaję.

W Nairobi te dziady pogryzły mnie tak, że ledwo widziałam swoje lewe udo i nie mam ochoty powtarzać tego przykrego doświadczenia. Opowiadając tę historię, na mojej twarzy musiało się wyrysować wielkie przerażenie i żal, bo nie minęło kilka sekund, jak Tim zaczął mnie uspokajać opowiadając swoje szpitalne historie.

― Z malarią w mieście nie ma problemu o ile zorientujesz się na czas, że jesteś chora. Trzy dni pod kroplówką i wracasz do normalnego funkcjonowania. Gorzej jest na wioskach, gdzie do szpitali jest daleko, a ludzi często nie stać nawet na moskitierę. W takich rejonach zapobieganie, wykrywanie i leczenie malarii jest mocno utrudnione. Dla wielu, nawet jeśli wylądują szpitalu, nie raz jest już za późno na pomoc – opowiada.

Służba zdrowia w Kenii boryka się z wieloma problemami, spośród których głównym jest brak lekarzy specjalistów. Nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że tych lekarzy nie ma albo są źli. To raczej coś zupełnie odwrotnego. Kenijscy specjaliści są na tyle dobrzy, że emigrują, głównie do USA, gdzie z reguły otrzymują dużo lepszą pracę, robią kariery i zarabiają nawet kilkanaście razy więcej niż w swoim kraju. Według Tima potrzeba przede wszystkim ginekologów i położnych, bo nie ma wystarczającej liczby lekarzy do przyjmowania porodów.

Sam Tim w swoim życiu przechodził malarię siedem razy, co budzi moje ogromne zaskoczenie, bo do tej pory sądziłam, że raz to już wystarczająco dużo. Będąc wychowaną w kulturze, w której wszystkie tropikalne choroby przedstawiane są jako absolutnie śmiertelne i nieuleczalne, taka liczba zwyczajnie mnie zszokowała. W Mombasie, ze względu na wilgotne powietrze i wysokie temperatury, komarów nie brakuje. Z tego powodu, malaria jest tu czymś równie częstym, jak w Polsce przeziębienie. Podobnie jest na terenach położonych nad innymi zbiornikami wodnymi. Tim jest Maro i pochodzi znad Jeziora Nakuru, Pascal natomiast jest Luo i pochodzi z położonego nad Jeziorem Wiktorii miasta Kisumu. Tam, jak oboje zgodnie twierdzą, malaria jest problemem znacznie większym niż w Mombasie.

Mombasa nocą
Ja z Timem (po lewej) i Pascalem (po prawej)

― Dlaczego wyjechałem do Mombasy? Wiesz, jeśli ktoś wyprowadza się z Kisumu to tylko do Mombasy ― mówi, po czym robi pauzę, żeby podpalić skręta. ― Jeśli urodziłaś się w mieście rybackim, dorastałaś tam, przesiąkłaś tą codziennością, to tutaj poczujesz się jak w domu. A możliwości jest tu znacznie więcej – opowiada mi Pascal. I ma rację. W Mombasie ukończył studia na kierunku IT i znalazł pracę w KPA (Kenya Port Authority), w największym porcie w Afryce Wschodniej. Takiej szansy nie dostałby pewnie w Kisumu.

Mombasa to mieszanka wszystkich możliwych kultur świata. Mieszkają tam Afrykańczycy ze wszystkich zakątków kontynentu, Hindusi, Arabowie, Europejczycy i Amerykanie. Dominuje islam, ale obok meczetów nie brakuje kościołów czy świątyni hinduistycznych. Życie toczy się tu niezwykle dynamicznie, o czym z resztą już pisałam tutaj. Właśnie przez tę różnorodność, moje pierwsze godziny w tym mieście to było nic innego jak czyste przerażenie i panika. Nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd iść. Chyba po raz pierwszy w życiu poczułam się tak naprawdę zagubiona i bezradna. Miałam ochotę krzyczeć. Gdzie jest ta Mombasa ze zdjęć z Googla?!

Wszystko jest jednak kwestią przyzwyczajenia. Dziś, kiedy siedzę na pokrytym czarną smołą dachu z widokiem na ocean, kiedy jest już ciemno i wieje przyjemny wiatr, kiedy nikt nie krzyczy mi do ucha i nie „muzunguje„, zdaję sobie sprawę, że chyba lubię to miasto. Kiedy po całym dniu zmywam z siebie rdzawy pył i wszystkie zapachy miasta, banan rysuje mi się na twarzy bo wiem, że zaraz, jeśli tylko będę miała ochotę, usiądę na tym osmolonym dachu i będę się uśmiechać sama do siebie. Nie dlatego, że jakoś wybitnie pokochałam Mombasę, ale dlatego, że mogę uczyć się świata w tak naturalny sposób, spotykać ludzi, którzy otwierają mi oczy i żyć w sposób, który daje mi radość. Zupełnie jak w dzieciństwie „przy trzepaku”, kiedy czas stawał w miejscu.

Przeboleję nawet te komary i kilka obleśnych karaluchów, które w mieszkaniu ukryło się pod moim plecakiem :)

25 Comments

  1. Moim marzeniem jest wybrać się na Czarny Ląd. Tak bardzo Ci zazdroszczę Justyno! :) Super relacja ;]

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Marzenia są po to, aby je realizować :)

  2. pracując w branży i słuchając opowieści turystów o Afryce też mnie kusi ale wszelkie owady i choroby przez nie przenoszone jak na razie pokonują mnie i moją ciekawość – ale może czas się przełamać.

  3. Chyba właśnie o to chodzi, żeby znaleźć miejsce, w którym potrafimy żyć „pełnią życia”, bo tylko to da nam radość 😉 Cieszę się bardzo, że nawet komary przestały CI przeszkadzać, bo to znaczy, że naprawdę Ci tam dobrze!

  4. A w Mombasie planujesz dłuższy postój czy jakieś dalsze plany na trasę?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Generalnie zatrzymuję się w Nairobi – do Mombasy planuję tylko kilkudniowe wypady w najbliższej przyszłości. A później, we wrześniu, kierunek Uganda.

  5. Pamietam trzepak na podworku, to byly czasy. Ale spod tego trzepaka wywialo Cie strasznie daleko. Nie wiem czy potrafilabym przebolec karaluchy ukryte pod plecakiem, szczegolnie takie egzotyczne w rozmiarze XXL. Pozdrawiam serdecznie Beata

  6. Na tę chorobę przynajmniej można stosować jakąś profilaktykę antymalaryczną, choć ani to tanie, ani zdrowe. A jak tam jest z dengą? Występuje? Bo w sumie system przenoszenia mają ten sam: komary.

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Tomek, podobno Mombasa jest miejscem, gdzie całkiem łatwo złapać dengę, ale nie jestem w stanie rzucić tutaj żadnymi danymi. Ja stamtąd wróciłam zdrowa (choć komary pokąsały mnie nieźle), ale z kolei wróciłam z dengą z Ugandy…

  7. Przypomnialy mi sie moje dni w Mombasie, w miejscu gdzie bylam zamiast dachu do spotkan sluzyl wielki taras, a poza tym reszta mniej wiecej to samo 😉
    Uwazaj na te komarzyska, chorowalam na malarie i nic to przyjemnego. Jedyny pozytywny „efekt uboczny” – utrata wagi 😉

  8. Nocą to jest życie, można zobaczyc zupełnie inny świat :)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Oj można, można :)

  9. Właśnie za to kocham Couchsurfing. Można zobaczyć dane miejsce z zupełnie innej perspektywy, a nie to co czytamy u Wujka Google. Afryka korci mnie coraz bardziej, ale nieco się jej obawiam… Chociaż Kenia, Kilimandżaro i Serengeti to wielkie marzenia z dzieciństwa, które na pewno zrealizuję :) Tymczasem pozdrawiam z deszczowej Norwegii!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Do Tanzanii i Kenii nie raz są fajne okazje lotnicze :) Do Mombasy czasem nawet TUI lata za 800 zł więc warto śledzić. Ja pozdrawiam z deszczowych Niemiec!

  10. Świetny wpis! Też mnie poraziła ta wiadomość o 7 malariach. I to w sumie przechodzonych przez młodego człowieka. Ile ich będzie przez całe życie?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      No nie? Dokładnie takie samo pytanie sobie zadałam!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      W moim przypadku 9 dni w łóżku, ale lekarz mi powiedział, że może się ciągnąć nawet przez 2 tygodnie. Prosto z Ugandy pojechałam na Majorkę i tam dostałam temperatury i wysypki – myslałam, że od słońca i zbyt wielu dni w podróży, ale okazało się, że to o wiele poważniejsze. Wydaje mi sie, że chyba kluczowa była szybkość mojej reakcji. Jeden dzień kroplówki, a reszta leczenia w domu.

  11. Marzenia są po to by je zmieniać w cele, a te– -realizować. Gratuluję.

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Dokładnie tak. Dzięki!

  12. Ola Ola

    Strasznie cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga, bo od dawna myślę o Afryce, a Twoje wpisy czyta się jak książkę! Dziękuję i życzę jak najwięcej tak wspaniałych wspomnień :)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Ola, dziękuję, bardzo mi miło :) Pozdrawiam z Kenii!

  13. Ola Ola

    Super, że znalazłaś swoje miejsce w świecie, powodzenia! :)

  14. A jak wygląda kwestia legalności takiej używki, w praktyce?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Podobnie, jak w Polsce :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *