Skip to content

Moshi: moje miejsce w Tanzanii

Każdy, kto kiedykolwiek planował wspinaczkę na Kilimanjaro, ma pewnie w głowie dwie nazwy – Arusha i Moshi. Oba ta miastaczka znane są bowiem przede wszystkim z bycia bazą wypadową na górę. W wiosce położonej niedaleko Moshi zaczyna się jedna z łatwiejszych tras wspinaczkowych – Marangu, zwana również trasą Coca-Cola. I to własnie tą trasą na szczyt Kibo miałam iść ja. Miałam, ale cóż…nie poszłam.

Tutaj jesteśmy:

Do Moshi przyjechałam prosto z Nairobi. Biorąc pod uwagę stan lokalnych dróg i formalności na granicy, nie zajęło mi to specjalnie długo. Już 9 godzin po opuszczeniu stolicy Kenii, siedziałam na werandzie najbardziej uroczego B&B w jakim w życiu się zatrzymałam.

Plan był prosty. Nazajutrz o świcie miałam wyruszać na szczyt Kilimanjaro. Realizacja tego planu okazała się jednak nieco bardziej skomplikowana niż przypuszczałam, gdyż kilka dni przed moim przyjazdem, Frank, mój przewodnik, poinformował mnie, że moja opłata za wspinaczkę wciaż nie wpłynęła na jego konto. Jechałam więc tym małym białym busem z nadzieją, że wkrótce wszystko uda się wyjaśnić. Frank miał czekać na mnie w Arushy, gdzie podczas przerwy w podróży mieliśmy załatwić ostatnie formalności i ustalić, co robimy. Niestety mi rozładował się telefon, straciliśmy kontakt i w Arushy nie udało nam się odnaleźć. Zmierzałam więc do Moshi wciąż nie wiedząc czy rano wyruszamy na szczyt. Nagle, podczas krótkiego postoju podszedł do mnie kierowca.

― Dzwonili do mnie z biura w Nairobi – oznajmił. Mnie trochę zatkało, bo nie miałam pojęcia o czym mówił i czy w ogóle byłam osobą, której szukał. ― Kontaktował się z nimi jakiś Frank. Nie zdążył dojechać do Arushy i kazał ci przekazać, że będzie czekał w Moshi.

Takie zaskoczenie! Frank z Tanzanii zadzwonił do biura przewoźnika w Nairobi, aby ten z kolei zadzwonił do kierowcy autobusu i przekazał mi informację.

― Ok, dzięki ― odpowiedziałam, po czym ponownie wetknęłam w uszy słuchawki. Kiedy podróżuję, muzyka towarzyszy mi cały czas. To już chyba uzależnienie, z którego nie da się wyleczyć, ale jednocześnie coś, co kreuje najwspanialsze wspomnienia. Słucham głównie lokalnych utworów, które oddtworzone po powrocie do domu przywołują wszystkie najwspanialsze momenty. 

Po ponad 8 godzinach jazdy, w końcu udało mi się dotrzeć do Moshi, gdzie już przez okno w autobusie zaczepił mnie mężczyzna, właściciel okolicznego kantoru. Dzwonił do niego Frank i prosił, aby ten ugościł mnie u siebie w biurze dopóki on sam nie dotrze do miasta. Tak też się stało. W biurze z wielkim wiatrakiem i jednym biurkiem, dostałam filiżankę kawy, a pod nos podsunięto mi małą miseczkę z cukierkami. Frank pojawił się po niecałej godzinie i zabrał mnie bezpośrednio do mojego B&B, najbardziej uroczego chyba miejsca na świecie!

B&B w MoshiPonieważ do wieczora przelew nie zaksięgował się na jego koncie, a mój niemiecki bank odmówił pomocy, bo w Tanzanii „nie mogli mnie zidentyfikować”, wspólnie z Frankiem podjęliśmy decyzję o odwołaniu wspinaczki. Przeciętny człowiek pewnie by się załamał. No bo jak to tak? Miała być wspinaczka, a nie ma? Pewnie oszustwo, pewnie przekręt… Nic bardziej mylnego. Trzy tygodnie później przelew został zwrócony na moje konto i nikt nie wie dlaczego tak się stało. Dziwy nad dziwami. Skoro jednak faktem stało się to, że zdobywanie najwyższego szczytu Afryki nie wchodziło w grę, trzeba było wymyślić coś innego.

Opcji w Moshi jest naprawdę wiele i choć to dość małe miasteczko, to w bardzo krótkim czasie można się stamtąd dostać w inne ciekawe miejsca w Tanzanii. Można zdecydować się na safari w Ngorongoro bądź w Parku Narodowym Arusha, na wycieczkę do wioski Masajów czy coffee tour połączony z odwiedzeniem wodospadów Materuni. Ze względu na moje kawowe zamiłowania, wybrałam opcję trzecią. To rozrywka na jeden dzień, co dawało mi możliwość wciśnięcia w swój rozkład również kilku dni w Dar es Salaam.

Moshi samo w sobie jest niezwykle urocze i w wielu aspektach nie przypomina stereotypowego afrykańskiego miasteczka. Być może ze względu na kwitnący tam biznes wspinaczkowy, a być może są ku temu inne powody. Prawdę mówiąc nie wiem. Wiem jednak, że gdybym miała wskazać jedno miejsce, w którym chciałabym kupić dom, to na chwilę obecną byłoby to właśnie Moshi. W mieście jest wszystko, co potrzeba. Nie jest ani za duże, ani za małe. Ronda ozdabiają kolorowe rabatki, ulicami nie walają się śmieci, a przy odrobinie szczęścia i dobrej pogodzie można zobaczyć Kilimanjaro. Operuje tam co najmniej kilku przewoźników autokarowych, którzy niezwykle sprawnie i tanio łączą Moshi z resztą kraju, Kenią oraz Ugandą. W pobliżu znajduje się też mniejsze lotnisko, do którego przy odrobinie szczęścia z Europy można dolecieć za mniej niż 400 euro w dwie strony. Oczywiście, jak w każdym innym zakątku świata, istnieją tam też miejsca, w które zwyczajnie się nie chodzi jeśli nie szuka się kłopotów.

Moshi MoshiMoshi - Kilimanjaro przy dobrej pogodzie widoczne jest też z miastaWiecie jakie było zawsze moje marzenie? Być może naoglądałam się za dużo filmów w stylu „Marzyłam o Afryce„, ale zawsze chciałam mieć dom własnie w takim miejscu (chociaż akurat bohaterka tego filmu nie mieszkała ani w Tanzanii, ani w mieście i w ogóle film skończył się tragicznie, ale mniejsza o to) i spędzać w nim wieczory na werandzie z książką albo pisząc jakieś cuda. No i udało mi się żyć tym marzeniem przez kilka dni. Zdala od zgiełku i bez dostępu do Internetu, siedziałam przed domem i słuchałam deszczu, a gdy ulewa się kończyła, rozkoszowałam się dźwiękami świerszczy.

Siedząc tak, drugiego wieczora poznałam Barbarę. Na moje oko 50-letnią kobietę z Niemiec, która od blisko 10 lat wspinała się po górach i przyjechała do Moshi, aby wejść na Kilimanjaro. Na swojej liście osiągnięć miała już szczyty himalajskie i kilka z północno-amerykańskch, a wciąż nie było jej dość. Zaprawiona w górskich wojażach Bawarka :) Sporą częśc wieczoru spędziłyśmy na rozmowach o karierze, o podróżach i życiowych piorytetach, i pomimo różnicy wieku, czułam się trochę tak, jakbyśmy znały się już od lat. To była zdecydowanie jedna z tych inspirujących rozmów.

Miasto opuściłam po 3 dniach i udałam się w kierunku Dar es Salaam.

KOSZTY I MIEJSCA GODNE POLECENIA:

  • Z Nairobi do Moshi można dostać się busem już za 3.500 Ksh. Bilet lepiej kupić dzień wcześniej u jednego z licznych przewoźników (wystarczy odwiedzić centrum miasta).
  • Z Moshi do Dar es Salaam przewozy oferuje wiele firm. Ja korzystałam z firmy Kilimanjaro i byłam bardzo zadowolona. Koszt to 33.000 Tsh, w cenie dwa napoje i herbatniki, klimatyzacja i wygodne siedzenia. Za dodatkową opłatą jest też możliwość wykupienia opcji VIP, która jest jeszcze wygodniejsza i ma siedzenia z podróżkami.
  • Koszt noclegu waha się w zależności od standardu. Ja mieszkałam w B&B Hibiscus, 95 zł/noc za osobę i bardzo polecam. Nocleg rezerwowałam na Airbnb. Jeśli nie macie tam jeszcze konta, a zarejestrujecie się przez TEN LINK to otrzymacie aż 94 zł zniżki na nocleg w dowolnym miejscu na świecie.
  • Jedzenie w przeciętnej restauracji to koszt od 2.500 Tsh do 5.000 Tsh, butelka wody (1,5l) to około 1.000 Tsh

22 Comments

  1. Uwielbiam „Marzyłam o Afryce” !! :) Podoba mi się to podejście- może i nie ma zdobywania szczytu, ale zaraz pojawiają się nowe możliwości spędzenia czasu i nie ma co umartwiać się nad niepowodzeniem, tylko wybierać nową drogę, tak jest! Zdaje się, że jeszcze tego nie napisałam, ale bardzo, bardzo się cieszę, że założyłaś tego bloga, jest świetny i dzięki niemu moje oczekiwanie na własne afrykańskie wyprawy upływa mi znacznie przyjemniej :)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Natalia, dziękuję! :)

  2. Ja Moshi pewnie ominę.
    Podziwiam pogodę ducha przy takiej zmianie planów… zresztą, jak inaczej można tam reagować na zmianę planów?

  3. i co będzie z tym Kilimandżaro? odpuszczasz? podziwiam Cię,że się nie wkurzyłaś…..

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Oj nie, nie odpuszczam! Bardzo bym chciała w tym roku, może w II połowie uda mi się to gdzieś wcisnąć i będę wtedy też pewnie szukała jakiegoś towarzystwa do wspólnej wspinaczki :)

  4. szkoda tego KIlimandżaro.. ja mam tak, że jak już się na coś nastawię, to później jest mi podwójnie szkoda

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      No jest szkoda, ale co zrobić. Jakbym się miała wszystkim przejmować, to głowa by mi wybuchła :) Na Kili jeszcze będzie czas, mam nadzieję, że w tym roku

      • Grunt to sie nie przejmowac zmianami planow, Afryka to jednak Afryka, plany nie zawsze wypalaja. U mnie Kili tez w planach ale dopiero za pare lat (chyba, ze Mlodego zostawimy z Dziadkami ;-))

  5. Ciekawa akcja z tym przelewem bankowym… Bank też nie wie, dlaczego? :) A takie pytanie, jakbym kiedyś się wybierał na Kilimandżaro: nie można się tam rozliczać z przewodnikiem gotówką?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Kirdan, można się rozliczyć z nimi w gotówce, ale ja chciałam być sprytna i przelać im kasę wcześniej. I tyle z tego sprytu wyszło, że na górę nie weszłam :)

  6. Ehh Kili.. jedno z niespełnionych marzeń (mam nadzieję, że kiedyś się spełni). Gdyby mnie spotkała taka sytuacja chyba wyszedłbym z siebie, stanął obok i poszedł sam na tą gorę 😉

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Na szczęście Kili nie ucieknie. Nie ma co się złościć – jak nie dziś, to kolejnym razem 😉

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Jasne, jak nie to, to coś innego. Jest tyle ciekawych rzeczy, które można robić – szczególnie w Tanzanii :)

  7. Oj, nie mogę tu zaglądać, bo mi się serduszko rozdziera z tęsknoty za Afryką. Kilimandżaro widziałam tylko z daleka, z samolociku lecącego do Masai Mara, ale mam takie marzenie, że kiedyś się tam wespnę (choć górołazem nie jestem :) )

  8. magda magda

    kurczę, wszystko fajnie, ale ani Moshi, ani tym bardziej Arusha to nie miasteczka… To prężne miasta, może nie tak duże, jak te polskie, ale jednak. Arusha ma status jiji, czyli metropolii – bo to naprawdę duże miasto, Moshi, choć mniejsze – przy innych tanzańskich miejscowościach na pewno „miasteczkiem” nie jest. Pozdrawiam!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Magda, dzięki za komentarz. Arusha rzeczywiście jest spora, jednak Moshi to miejscowość o populacji podobnej do naszego Rzeszowa i nawet mniejszej powierzchni. Na warunki tanzanskie to rzeczywiście dużo, jednak czytelnikowi, który byćmoże nigdy tam nie był, niewiele to mówi i fajnie jest się odnieść do czegoś, co jest nam znane. Dla mnie Moshi pozostaje miasteczkiem (albo jak ktoś woli, małym miastem), bo dorastałam w milionowym mieście i nazwanie Moshi czy Arushy metropolią byłoby w moich oczach nieco sprzeczne 😉 Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pozdrawiam!

  9. Ja bym się chyba jednak załamała – mieć możliwość wejścia na Kilimandżaro i tego nie zrobić? Mam nadzieję, że jeszcze będziesz miała okazję!

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Ja tam zawsze mówię, że nie matego złego, co by na dobre nie wyszło. Innym razem wypali :)

  10. Już chyba zawsze będą mnie zaskakiwać (i cieszyć jednocześnie) ludzie, którzy przejmują się Twoim losem, zajmą się Tobą i zrobią wszystko, żeby Ci pomóc i nie zostawić na lodzie :)

    A ta alejka bardzo mi się podoba, jakie to drzewa?

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      To Jakaranda, na żywo wygląda jeszcze piękniej :)

  11. Nie wiedzialam o Moshi nic. Ale mnie tez od lat ciągnie w tamte strony. Kurcze, ależ będziesz mnie tu inspirować

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *