Skip to content

Muzungu? Wiem o tobie wszystko!

Taka sytuacja. W listopadzie 2015, mieszkając w Kampali, złamałam stopę. Ot tak, zwyczajnie, przechodziłam przez ulicę, kiedy nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się motor i wjechał prosto we mnie. Kolejnego dnia siedziałam już na w moim nowym domu, poruszając się jedynie o kulach i przyjmując przyjaciół przychodzących w odwiedziny.

Mam w Kampali grupę znajomych, którzy, choćby mieli rzucić wszystko, to przyjadą, kiedy dzieje się źle. Tak było też tym razem. Wieczorem spodziewałam sie dwójki pukającej do moich drzwi. Jak to jednak bywa w Ugandzie, naszedł wieczór, w okolicy zabrakło prądu, a mnie rozładował się telefon, przez co nie mogłam pokierować znajomych do nowego miejsca.

Ułożyłam się więc wygodnie na kanapie i włączyłam tryb „wegetacja”. No bo co tu robić, kiedy dookoła ciemno?

Muzungu? Wiem o tobie wszystko!

Puk, puk, puk.

– Pani Justyno, Pan Alvin do pani – słyszę zza drzwi. To Emma, nasza pomoc domowa. Wszystko fajnie, myślę, tylko jak on tu do cholery jasnej trafił?!

Wychodzę przed dom. Na ganku siedzą już zupełnie rozgoszczeni Alvin i Kojo, a pomiędzy nimi, na posadce, leży siatka z zimnymi piwami. Usadzam się na wolnym ogrodowym krześle i patrzę na nich oboje ze zdziwieniem. No bo jak to możliwe, że znając jedynie nazwę dzienicy, w której mieszkam, trafili pod moje drzwi?

Otóż okazuje się (i to nie po raz pierwszy), że będąc muzungu w Ugandzie, nie ma się wiele prywatności. Ludzie wiedzą gdzie mieszkasz, nawet jeśli nigdy cię nie odwiedzili; wiedzą, o której wychodzisz do pracy, nawet jeśli nie maszkają obok ciebie; wiedzą z kim się umawiasz, nawet jeśli nigdy im o tym nie mówiłeś. Wiedzą w-s-z-y-s-t-k-o.

Pewnie, podobnie jak mnie wtedy, was teraz też zastanawia w jaki sposób czarny Brytyjczyk i czarny Portugalczyk dowiedzieli się, gdzie mieszkam, przeszli przez bramkę z ochroną na osiedlu i przekonali pomoc domową, która nigdy ich nie widziała, że są moimi przyjaciółmi i powinna ich wpuścić do domu. Ja byłam w szoku, że okazało się to takie proste. Otóż, jak sami powiedzieli, zaczęli od kierowców boda-boda (motorowych taksówek), z których korzystam każdego dnia. Pytanie „gdzie w Kamwokya mieszka dziewczyna muzungu” będąc w dzielnicy, w której ekspatriatów jest niewielu, nie okazało się ciężkie. Po kilkunastu minutach stali już pod moją bramą.

Z ochroniarzem poszło jeszcze prościej. Wystarczyło powiedzieć, że przyszli odwiedzić koleżankę ze złamaną nogą i poprosić o pokierowanie do odpowiedniego budynku. A że każdy w okolicy widział mnie chodzącą o kulach, to i ochroniarz też. No i podał chłopakom numer domu.

Takim oto sposobem, oboje dostali się na teren mojej posesji nie mając praktcznie żadnych wytycznych.

2 tygodnie wcześniej…

9:00 w biurze. Wchodzi jedna z moich koleżanek i uśmiecha się od ucha do ucha patrząc na mnie.

– Justyna, a ja to Ciebie dzisiaj w gazecie widziałam.

Ale jak to? Że mnie? W gazecie? W jakiej? Po co? Milion pytań kłębi się w mojej głowie, ale z moich ust nie wydobywa się nic poza parsknięciem.

– No tu, zobacz – mówi, pokazując mi zdjecie z Red Pepper zrobione telefonem komórkowym. Red Pepper to największy tabloid w Ugandzie. Taki lokalny Pudelek, ale na papierze. Patrzę, a tam rzeczywiście ja. Moje imię, narodowość i nazwa firmy, w której pracuję. Tekst dotyczył randkowania z popularnym Ugandyjskim piosenkarzem

O ile rzeczywiście, mogłam być zauważona gdzieś z tą osobą, to w jaki sposób ktoś wydobył informacje na mój temat, i co ważniejsze, po co komu taka „sensacja”? Już samo zestawienie mojego życia profesjonalnego z jakąś bezsensowną plotką, zamieniło mnie w kłębek nerwów.

W Kampali wszystko okazuje się takie proste. Ludzie znają swoje historie, wiedzą kto, z kim, gdzie i kiedy. A jeśli poza po prostu „byciem tu”, imprezujesz w Bubbles, Big Mike’s albo Iguanie, to prędzej czy później i ty padniesz ofiarą plotek, pomówień i domysłów. Gazety napiszą o tobie, nawet jeśli nie ma w tobie nic interesującego. Ludzie obgadają, nawet jeśli nie ma w tobie nic ciekawego. Ot tak, po prostu, żeby pomówić sobie o muzungu.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *