Skip to content

Hammamet: kolacja ramadanowa, miłość do dolmy i swaty

Szłam za Nabilem. Z początku wzdłuż jednej z głównych ulic Hammametu – mijając po drodze grupę policjantów, ojca z synem otulonych szarym papierosowym dymem i sklepikarzy zamykających swoje posesje wcześniej niż zwykle. Ulice robiły się puste. Szłam i myślałam, bo nie byłam wstanie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy byłam dobrze ubrana. I bynamniej nie chodziło o modną stylówę. Raczej o poprawność i schludność.

Tutaj jesteśmy:

Nabil był jedną z pierwszych osób, które poznałam po przyjeździe do Tunezji. Dobrze zbudowany, radosny chłopak ze szramą na twarzy. Pracował w naszym hotelu jako animator. Bycie 19-latką, która ledwo skończyła liceum nie do końca sprzyja podejmowaniu przemyślanych decyzji. Jednak co zrobić. Taką już mam naturę, nawet teraz, mając 25 lat, że lubię wykorzystywać nadarzające się okazje. Dlatego i wtedy, kiedy po blisko 2 tygodniach w Hammamecie zostałam zaproszona na kolację ramadanową, zwyczajnie nie mogłam odmówić. Warunek był jeden – zabieram pozostałe dwie dziewczyny. Nie jestem szczególnie religijna, a wszelkie święta w mojej rodzinie nigdy nie były wzorem do naśladowania. Ciekawią mnie jednak zwyczaje i tradycje innych ludzi – tak poznaję świat. Jak więc mogłam nie pójść?!

Pierwszego dnia ramadanu wyszliśmy z hotelu wszyscy we czwórkę, tj. ja, Nabil i moje dwie koleżanki. Miasto powoli cichło, mężczyźni schodzili się do domów, w których ich żony, matki i córki przygotowywały już poisiłek, a okoliczne sklepy pustoszały.

Mijaliśmy szisza bary, które w nocy tętnią życiem; lokalne souki, które zamkinęte niczym nie przypominają tego głośnego miejsca jakim są wczesnym rankiem; pustoszejące ulice, z których znikali już nawet turyści. Na kilka godzin miasto umierało. Wszystko po to, aby  po kolacji zapełnić się na nowo.

HammametFot: yo4kazu (licencja CC)

Skręciliśmy w małą uliczkę. Była tak wąska, że czułam się trochę jakby ściany za moment miały mnie zmiażdżyć i wycisnąć resztki powietrza z moich płuc. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się u wejścia domu.

― To tutaj ― rzucił Nabil i szybkim ruchem odsunął pasiastą zasłonę oddzielającą ulicę od wnętrza domu. Chyba nigdy nie zapomnę widoku, który ukazał się wtedy moim oczom. To był mój pierwszy wyjazd poza Europę, moja pierwsza styczność z kulturą arabską i mój pierwszy kulturowy szok.

Choć teoretycznie przekroczyliśmy próg domu, nad naszymi głowami nie było dachu. Była za to betonowa podłoga, na niej kilka kur, koza, a na środku całkiem spora dziura na „zlewki”. Jeszcze dobrze nie zdązyłam się napatrzeć, a przez drzwi po lewej stronie wychyliła się mała starsza pani z wiadrem pełnym jakiegoś płynu, który dynamicznie wylała do owej dziury. Odłożywszy wiadro podeszła do nas.

― As-salamu aleykum ― powiedziała z delikatnym uśmiechem i machnęła ręką zapraszając nas do środka.

― Wa-Alaikum-Salaam ― odpowiedziałyśmy z polskim akcentem. I to by było na tyle z naszej rozmowy z nią tamtego wieczoru. Przez 2 pozostałe godziny nasza konwersacja z „panią mamą” polegała na wymianie uśmiechów. No bo ona ani słowa po angielsku, a my po arabsku czy francusku.

Na środku dużego pokoju stał średniej wielkości okrągły stolik, a wokół niego zgrabnie ułożone, pięknie zdobioine poduszki. Usiedliśmy, a starsza pani zaczęła zastawiać stół. Dolmy, warzywa, pita, zupa z niewiadomo czego, coś na wzór omletu z warzywami, talerz pełen owoców, no i herbata. Obowiązkowa, ekstra słodka i w małych biało-niebieskich kubeczkach. Muszę się przyznać, że nie jestem typem osoby, która w podróży próbuje wszystkich możliwych dań, jednak tym razem ―  może przez barierę językową, a może z uprzejmości ―  nie potrafiłam odmówić. Subtelnie wymieniłam jedynie z koleżanką dziwnego omleta na lablabi – pikantną zupę na bazie baraniny, znaną też w świecie arabskim jako harira. Poza tym, zakochałam się w arabskiej kuchni i w dolmie, która lepiej smakowała później chyba tylko w Palestynie.

Filfil Mahshi - ramadan w tunezji
Filfil Mahshi to rodzaj tradycyjnej tunezyjskiej dolmy. To papyki (z reguły zielone) faszerowane wołowiną/baraniną i ryżem/kuskusem z dodatkiem przypraw.

Przed samym jedzeniem do pokoju weszła reszta rodziny. Starszy pan około siedemndziesiątki, dwóch młodych chłopaków, kobieta z dzieckiem i mężem, a wraz z nimi babcia. Wszyscy ci ludzie zajęli miejsca dookoła stołu z ciekawością przyglądając się nam i przez kilka minut próbując zagadać, co było dość zabawne ze względu na barierę językową. Mama włączyła telewizor. Taki trochę rodem z lat 80., z ekranem niewiele większym od średniej wielkości laptopa. Wyświetlała się na nim modlitwa, z której nie rozumiałam absolutnie nic, ale hipnotyzowała mnie. Do dziś z resztą arabska muzyka mnie relaksuje. Muezin za szkalnym ekranem nawoływał do modlitwy, więc nasza rodzina, nie zwlekając, poszła w jego ślady.

Nie rozumiałam nic. Ale to nie o rozumienie chodziło, a o sam fakt bycia tam i doświadczania tego wszystkiego.

Posiłek jedliśmy powoli, a każde kolejne danie rozpoczynaliśmy dopiero wtedy, gdy wszyscy skończyli już jeść poprzednie. Na koniec tradycyjnie herbata, a po herbacie rozmowy i tłumaczenia – skąd jesteśmy, co robimy no i…czy nie szukamy mężów! No bo przecież my trzy, a w rodzinie trzech synów :)

Po kilku godzinach spędzonych w tunezyjskim domu i z pękającymi żołądkami, opuściłyśmy naszych gospodarzy. Muzyka na ulicach grała, dym ponownie wypełniał szisza bary, a turyści wyszli na ulicę. Miasto znów żyło.

5 Comments

  1. M M

    To prawdopodobnie jedyny i najlepszy sposób na poznanie prawdziwych ludzi, ich zwyczajów.

  2. My zostaliśmy raz zaproszeni na Ramadanową kolację w Erzurum w Turcji przez przypadkowo poznanego studenta, który zgodził się nas oprowadzić po mieście (wspaniałe jedzenie i rodzinna atmosfera na zawsze zostaną mi w pamięci!). Z dziwnych wydarzeń tamtego dnia wspomnieć należy również wzięcie udziału w kręceniu reportażu o tamtejszej medresie Çifte Minareli. Dzień naszego pobytu był ostatnim dniem kiedy medresa była otwarta dla zwiedzających i ekipa filmowa robiąca materiał filmowy poprosiła nas abyśmy wzięli udział jako ostatni zagraniczni turyści 😉

  3. Fantastyczne doświadczenie! Ja miałam okazję (dzięki CS) jeść obiady z berberyjską rodziną w Maroku. Najfajniejsze są właśnie momenty, kiedy ktoś zaprasza Cię do swojego domu i masz okazję podpatrzeć, jak oni na co dzień żyją i czym to się różni od naszych zwyczajów.

  4. Nie ma dla mnie nic przyjemniejszego w drodze, niż zapoznawanie miejscowych ludzi i spędzanie z nimi czasu na ich modłę, tak powstają te najbardziej niezapomniane doświadczenia. Chociaż ja akurat często (choć nie zawsze) opieram swoje wyjazdy na miejscowej kuchni, więc taka Ramadanowa kolacja brzmi wybornie :)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Ja z kolei nie jestem wielką zwolenniczką próbowania nowych potraw (szczególnie jeśli nie wiem, co w nich jest), ale w tym przypadku nie miałam wielkiego wyboru. Być zaproszonym na kolację i nie jeść to średnie rozwiązanie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *