Skip to content

Wielkanoc w Ugandzie: tam, gdzie nie maluje się jajek

Sobota wielkanocna. Rozmawiam ze znajomą i opowiadam o swoich pierwszych wrażeniach z Kampali. Mówię, że fajna, że zielona, ale chwilowo trochę pusta, bo są święta i mało ludzi na ulicy. „Ooo, a jakie mają święta?” – pyta. Hmm, tak moi drodzy. Wielkanoc w Ugandzie, choć bez malowania jajek, obchodzona jest podobnie jak u nas.

Tutaj jesteśmy:

Wiecie co jest najfajniejsze w podróżach? Niespodzianki i zaskoczenia. To, że nigdy do końca nie wiemy, jacy są ludzie w nowym miejscu, czy jak smakuje jedzenie. To fakt, że gdzies tam czeka na nas doświadczenie, które prawdopowobnie, w jakiejś małej części, zmieni nasze postrzeganie świata i ludzi. Coś polubimy, coś znienawidzimy. Coś nas zaciekawi, a coś poirytuje.

Ponad 85% mieszkańców Ugandy to chrześcijanie. To nieznacznie mniejszy odsetek niż w Polsce, czego wciaż tak niewiele osób jest świadomych. Ugandyjczycy, podobnie jak my, obchodzą Święta Wielkanocne i podobnie jak my, święcą w kościołach jedzenie. Może nie w koszyczkach przystrojonych wesołymi kurczaczkami i białymi serwetkami, ale święcą. Podobnie jak my zasiadają wspólnie do wielkanocnego śniadania i spędzają czas z rodzinami. Bez malowanych jajek i pod palmami, ale to robią. Podobnie jak u nas, jedni biorą to na poważnie, inni z przymrużeniem oka.

Miałam to szczęście, że spotkałam się w Kampali z Arthurem. Historia naszej znajomości może nie jest długa, ale wystarczająca, żebym mogła mu zaufać i dać się oprowadzić po Kampali. Poznaliśmy się przez Facebooka przed moją podróżą do Kenii, w październiku 2014, bo on również ma bloga podróżniczego i piszemy na podobne tematy.

―  Moja mama zaprasza Cię do nas jutro na obiad. Masz ochotę przyjść? ―  Ja? Czy ja mam ochotę?! Nie byłabym sobą gdybym odmówiła! I tak kolejnego dnia, w niedzielę, ląduję niedaleko Bwaise, w Kyebando, wiosce położonej na północnych obrzeżach Kampali. Kierowca boda-boda wysadza nas przy głównej ulicy, z której piaszczystą ścieżką mojego ulubionego koloru schodzimy w dół ku ogromnej, czarnej, metalowej bramie. Wygląda surowo i ciężko. Co najmniej tak, jakby kryły się za nią jakieś niepojęte bogactwa. Nie ma dzwonka. Pukamy do momentu, aż otworzy nam siostra Arthura wraz z jego 4-letnim siostrzeńcem – Davincim. Po mamie ani śladu.

Dom jest skromny, średniego rozmiaru, z wejściem przez białą werandę, na której utykam na chwilę upajając się widokiem miasta znajdującego się gdzieś w oddali. Popołudniowe promomienie słońca opadają delikatnie na moją twarz, sprawiając, że mam ochotę usnąć w tym miejscu i nie wstawać przez kolejne kilka godzin. Obok mnie na ławce siada Davinci. Angielskim włada lepiej niż Luganda. Nie jestem fanką dzieci i nigdy jakoś specjalnie się z tym nie kryłam, ale kiedy ten mały przykuca obok mnie z zeszytem i długopisem, cały umorusany tuszem, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Jest tym szerszy, im więcej jabłek, małpek i bananków rysujemy wspólnie w zeszycie. Nie ważne, że wszystko wygląda tak samo, jest bezkształtne i przypomina coś pomiędzy rombem a kołem. Jest śmiesznie. Rysujemy też bezkształtnego inżyniera, bo inżynierem Davinci chce zostać w przyszłości, choć sam jeszcze do końca nie wie, co to oznacza.

W dość sporym salonie siostra nakrywa do stołu, do którego kilkanaście minut później zasiadamy my. My, czyli ja i Arthur, bo siostra wraz z Davincim siadają przy mniejszym stoliku obok, aby nie przeszkadzać. Mamy jak nie było, tak nie ma. Z reguły, kiedy odwiedzam w podróży czyiś dom, staram się robić to, co gospodarze. Obserwuję i naśladuję, coby uniknąć większego faux pas. Podobnie robię i teraz. Patrzę – nikt nie ma na stopach klapek, więc wchodząc do salonu również się ich pozbywam. Siostra Arthura patrzy na mnie ze zdziwieniem i stanowczym głosem prosi mnie o zapłożenie ich z powrotem. Jestem gościem, a goście mogą wszystko. Jak się później okazuje, mogą też wszystko zjeść. Na moim talerzu lądują bowiem trzy (!!!) ogromne piramidki ryżu, które jem z klopsikami, matoke i yamem.

DSC_0162

Matoke to nic innego, jak zielone banany przygotowane w bardzo tradycyjny sposób. Podaje się je do bardzo wielu potraw i pełni funkcję podobną do ziemniaków. Niewiele z resztą różni się również w smaku. Przygotowanie matoke nie jest specjalnie skomplikowane. Rozgniecione banany wrzuca się do garnka i, dolewając niewielką ilość wody, dusi się je pod liściami bananowca do czasu, aż woda odparuje, a banany zamienią się w zbitą papkę przypominającą konsystencją ziemniaczane puree. Yam z kolei, to warzywo rosnące w ziemi w formie korzenia o biało-liliowym wnętrzu. W smaku nie przypomina chyba niczego, co jest mi znane, ale to pewnie dlatego, że smakuje nijak.

Wielkanoc w Ugandzie - matoke i yam
Matoke (w zielonym liściu) oraz yam

Wiecie, w ugandyjskim domu jakakolwiek rozmowa podczas spożywania posiłku jest niekulturalna. Je się w grobowej ciszy. Ja dowiedziałam się o tym po wielokrotnych próbach rozkręcenia rozmowy podczas jedzenia. Zaskakujące jest czasem to, jak różne potrafią być zwyczaje i tradycje w różnych miejscach na świecie. W Warszawie kiedy mieliśmy gości śmiech i rozmowy słychać było aż na zewnątrz.

Pod koniec obiadu z kuchni wyłania sie postać dobrze zbudowanej kobiety w średnim wieku. Wygląda jak absolutnie stereotypowa afrykańska mama. Twarz ma ładną, o łagodnych rysach, a włosy związane z tyłu w krótki kucyk. Wstaję, aby się przywitać i podziękować za zaproszenie, ale na jej twarzy wyraźnie zarysowuje się oburzenie.

― Nie, nie! Sidaj, siadaj! ― Zwraca się do mnie nieco podniesionym głosem, a ja czuję, że na moich policzkach kiełkuje rumieniec. Wygląda na to, że znowu zrobilam coś źle. ―  Najpierw jemy, później się witamy. ―  Opiera dłoń na moim ramieniu i wciska mnie w krzesło, a na jej twarzy ponownie pojawia się uśmiech. Krótko później znika za kuchennymi drzwiami, aby wrócić i porozmawiać kiedy wszyscy już zjemy. I to by było na tyle.

Przyznam, że nie tak wyobrażałam sobie ten wielkanocny obiad, ale w końcu człowiek uczy się całe życie, nie? :)

4 Comments

  1. Usmiejesz sie, ale pierwsze, co rzucilo mi sie w oczy na pierwszym zdjeciu, to… dzbanek z sokiem:) Mam identyczny! ‚Made in China’ rzadzi i w Boliwii i w Ugandzie:)

    • Justyna Śnieżek Justyna Śnieżek

      Haha, no proszę! I do tego pełny soku z marakui, której, jak się domyślam, w Boliwii również macie pod dostatkiem :)

  2. Czuję, że Afryka to miejsce przeze mnie kompletnie zaniedbane, że muszę się zacząć edukować na jej temat, by móc pewnego dnia ze spokojnym sumieniem tam pojechać. Znalazłem moje źródło do dokształcania się! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *